rog



Czas bez honoru


„My w Polsce nie znamy pojęcia pokoju za wszelką cenę. Jest tylko jedna rzecz w życiu ludzi, narodów i państw, która jest bezcenna. Tą rzeczą jest honor”.

Józef Beck


    Podczas procesu szesnastu gen. Leopold Okulicki przypomniał, że sowiecki generał słowem honoru gwarantował Polakom uczciwość i bezpieczeństwo pertraktacji.
    Sala na chwilę zamarła, po czym rozległ się rubaszny śmiech. Wypełniający pomieszczenie aparatczycy, przedstawiciele jawnej i tajnej policji, sowieccy, a nawet zachodni dziennikarze rżeli, waląc się rękami po udach: ot, głupi Polaczyszka!
    Zaczynała się nowa epoka w historii Europy.

Sowieckie słowo honoru

Wyrok sądowy jest jak słowo dane przez sąd podsądnemu: zostałeś skazany na tyle lat, po tym czasie wyjdziesz na wolność. Wyroki w procesie przywódców Państwa Podziemnego nie były – co zachwycało zwłaszcza prasę angielską – wysokie. Generał Okulicki, ostatni dowódca AK, otrzymał 10 lat; delegat rządu na kraj, wicepremier Jan Stanisław Jankowski – 8, Stanisław Jasiukowicz, zastępca delegata Rządu i wiceprezes Stronnictwa Narodowego – 5, Kazimierz Pużak, przewodniczący Rady Jedności Narodu, przywódca PPS–WRN – został zwolniony l listopada 1945 r. i powrócił do Polski.

Okulicki został zamordowany najprawdopodobniej już w Wigilię 1946 r., Jankowski – w więzieniu we Władymirze w 1953 r., dwa tygodnie przed końcem wyroku. Również przed upływem wyroku zamordowano na Butyrkach Stanisława Jasiukowicza. Pużak został uwięziony w PRL i wykończony w więzieniu w Rawiczu 30 kwietnia 1950 r.

O postawie Kazimierza Pużaka pisała Maria Dąbrowska: „Jestem rzymskim katolikiem narodowości polskiej. Więcej nic nie mam panom do powiedzenia”. Takie słowa Kazimierz Pużak skierował 5 listopada 1948 r. do „sędziów” WSR w Warszawie. Gdy „sędziowie” nalegali, by zaczął zeznawać, dodał tylko: „Dla człowieka stojącego nad grobem jak ja, byłoby śmiesznym i patologicznym zjawiskiem odwoływać cokolwiek ze swego życia". „Oto postawa godna Rzymianina” – dodawała pisarka.

Pużak miał szansę ocalenia życia, ale odmówił. Tym samym wydał na siebie wyrok. Oficjalnie umarł w szpitalu na skutek zapalenia płuc czy pęknięcia aorty – podawane wersje były sprzeczne. Według świadectw współwięźniów został zrzucony z metalowych schodów przez strażnika, zwanego „Grubym Jankiem”. Konał przez dwa tygodnie – bez pomocy lekarskiej. Gdy rodzina odbierała trumnę z jego zwłokami, współwięźniom zabroniono podchodzenia do okien. Niepotrzebnie. Wszyscy stali pod ścianami na baczność.

Generał Okulicki nie był pierwszym, który usłyszał od Sowietów słowo honoru i śmiech. Poddający Lwów gen. Władysław Langner otrzymał słowo od komisarza politycznego Frontu Ukraińskiego, Chruszczowa, że polscy oficerowie zachowają wolność osobistą i prawo wyjazdu do Rumunii. Zostali zagnani do Kozielska, następnie do Katynia. Słowo honoru otrzymał także płk Aleksander Krzyżanowski (gen. „Wilk”) i wielu innych dowódców AK–owskich oddziałów. Schemat był ten sam: gwarancja bezpieczeństwa, braterska uczta, podstępne aresztowanie. A potem kula w łeb albo łagier. Sowieci – konsekwentni materialiści – nie uznawali wartości wyższych, stosowali ich imitacje – dla konkretnych, materialnych korzyści.

Dawanie słowa honoru było też ulubionym chwytem polskich ubeków. Ofiarą „słowa honoru” płk. Różańskiego padła legendarna Emilia Malessa „Marcysia”. Organizatorka i szefowa „Zagrody” – komórki utrzymującej łączność AK z Londynem, bohaterka powstania warszawskiego (Virtuti Militari). Po ucieczce z transportu do obozu wróciła do pracy w podziemiu. Aresztowana została w 1945 r. z całą I Komendą WiN i – po uzgodnieniu z „prezesem” płk. Janem Rzepeckim – zgodziła się ujawnić nazwiska swoich współpracowników. Rzepecki również poszedł na układ, ujawnił współpracowników, a nawet pieniądze podziemia. Oboje uwierzyli słowu Różańskiego, który przekonywał, że żadna z ujawnionych osób nie zostanie aresztowana, że chodzi o uniknięcie bratobójczej „mordowni”, że przecież zbliża się amnestia...

Bezpieka proponowała też układ bohaterowi Auschwitz i powstania warszawskiego, rotm. Witoldowi Pileckiemu – dając słowo honoru i stawiając za wzór Rzepeckiego. Pilecki miał odpowiedzieć: „Rzepeckiemu, za to, co zrobił, prawdziwi patrioci naplują w twarz”. Za odmowę współpracy zapłacił śmiercią.

Różański oczywiście słowa nie dotrzymał, rozpoczęły się aresztowania i procesy. Rzepecki dostał 8 lat. Zwolniony na mocy amnestii, wkrótce potem został znowu uwięziony. Siedział do 1954 r. Malessa otrzymała dwa lata, następnie została ułaskawiona i... nie chciała opuścić więzienia, dopóki nie zostaną zwolnieni ujawnieni WiN–owcy. W końcu wyszła, by pisać protesty i domagać się dotrzymania słowa od władz. Pisała nawet do ambasadorów państw zachodnich, nikt jednak nie zareagował. Rozpoczęła głodówkę – milicja znajdowała ją pod murem Rakowieckiej, czasem odprowadzała do domu, czasem do aresztu. 5 czerwca 1949 r. „Marcysia” popełniła samobójstwo.

Sejm Polski „Ludowej” rzeczywiście – 22 lutego 1947 r. – uchwalił amnestię. Można powiedzieć, że było to także słowo honoru dane Polakom i ich podziemnej armii. Wielu z tych. którzy się wówczas ujawnili, zostało potem aresztowanych, nawet zabitych. Tak władze komunistyczne traktowały swoje przyrzeczenia.


Honor jako surogat cnoty

Cnota jest „wymagająca”: człowiek cnotliwy przekracza samego siebie; cnota to męstwo herosa, szybkość galopującego rumaka, wzrok orła. Sokrates łączył ją z pierwiastkiem boskim, który „mówi w nas” i ostrzega przed czynami niegodnymi. Platon, nie kwestionując boskiego pochodzenia cnoty, rozwinął naukę mistrza, wyodrębniając trzy części duszy i przypisując im dość symboliczne siedziby: głowę, piersi i obszar poniżej pasa. Każdej z nich przydał odpowiednią cnotę. Cnotą duszy rozumnej jest mądrość, popędliwej – męstwo, pożądliwej – wstrzemięźliwość. Wszystkie podporządkowane są sprawiedliwości – stąd mówimy o czterech cnotach kardynalnych. Ich uzewnętrznieniem są czyny słuszne (cnotliwe), które nadają duszy coraz większe piękno, przeciwieństwem – wady pchające do czynów podłych i upadlające samą duszę. Do tego wątku nawiązali stoicy, głosząc, że cnota sama w sobie jest nagrodą za czyn cnotliwy.

Niewielu ludzi spełniało wymagania tak wysokie –niewielu też zwano cnotliwymi. Stawiano im pomniki. Galerią pomników rzeźbionych w słowach były „Żywoty równoległe” Plutarcha – 46 biogramów sławnych Greków i Rzymian. Z ich zestawienia wynikało nie tylko podobieństwo wielkich jednostek. Wynikała z nich głębsza jedność obu kultur opartych na tych samych wartościach moralnych. Cnoty łączące bohaterów Plutarcha nadawały też jedność Europie: łączyły teraźniejszość z przeszłością, tworząc niejako ludzką wieczność.

Na „Żywotach” wychowywały się też pokolenia Polaków – były one lekturą Żółkiewskiego, Sobieskiego, Kościuszki. Uzupełnieniem ich były „Śpiewy historyczne” Niemcewicza – stanowiące część wspaniałego, niezrealizowanego do końca projektu „pieśnioksięgu narodowego” Woronicza obejmującego pieśni religijne, moralne i historyczne. Na dumach Niemcewicza o Zawiszy. Czarnieckim, Żółkiewskim. Poniatowskim i innych wspaniałych Polakach wychowały się pokolenia 1830 i 1863 r.

Potem nadeszli mistrzowie łączący w swojej prozie najwyższe wartości etyczne z najwyższym kunsztem artystycznym: Sienkiewicz i Żeromski. Pierwszy pisał ku pokrzepieniu serc. drugi – żeby się rany polskie nie zabliźniły błoną podłości. Obaj uczyli Polaków godności i dumy narodowej – nawet gdy ich chlastali krytyką.

Honor, którego kult rozkwitał w czasach feudalizmu we Francji, również wywodzi się z kultury antycznej – związany był z kultem Marsa i cnót wojskowych. Uosobieniem, więcej – bogiem honoru był Honos. Na posągach i na rewersach monet widzimy go w zbroi, z włócznią w jednej i rogiem obfitości w drugiej ręce. Zanim jednak nagrodził kogoś ze swego rogu, poddawał go próbom. Żądał odwagi, poświęcenia, prawości. Nagrodą była sława. To właśnie zawarte jest w maksymie: Honos habet onus –zaszczyt ma ciężar.

W średniowieczu honor nie był już bogiem, niemniej ludzie honoru stali się najwyższymi wzorcami człowieczeństwa – za świętymi, których cnoty podziwiano, rzadziej jednak naśladowano. Uosobieniem honoru był tytułowy bohater „Pieśni o Rolandzie”. potem: jeden z wodzów I Krucjaty Godfrey of Bouillon, zwycięzca wielu turniejów William Marshal, bohater wojny stuletniej Bertrand du Guesclin... Czas średniowiecza był czasem honoru, był niejako „napromieniowany” wartościami, które nadawały mu odcień wieczności.


Żelazne kwiaty

Podobnie działo się w Polsce, która po przyjęciu chrześcijaństwa weszła w krąg kultury rycerskiej. Tu także czczono bohaterów. Przypominały o nich kroniki i posągi, rodzinne opowieści o przodkach i o „herbowych” – spokrewnionych czy spowinowaconych przez wartości. Pieczętujący się Habdankiem wiedzieli, że herb ten zyskał Skarbimir, poseł Krzywoustego, którego Henryk V próbował zjednać swoimi bogactwami. Wtedy Skarbimir zdjął pierścień i wrzucił do otwartej skrzyni: Idź złoto do złota, my, Polacy, lubujem się w żelazie. Skonfudowany cesarz miał tylko wybąkać „Habdank” – dziękuję. Późniejsze wieki dopowiedziały historie nowych bohaterów: Zawiszy Czarnego, Kaspra Karlińskiego. Stanisława Żółkiewskiego.

Honor był wewnętrzną busolą najlepszych Polaków. Piłsudski, uzasadniając swoją wyprawę na Bezdany, pisał w liście do Perla słowa, które dziś zaskakują: „Walczę i umrę jedynie dlatego, że w wychodku, jakim jest nasze życie, żyć nie mogę, to ubliża – słyszysz – ubliża mi jako człowiekowi z godnością nie niewolniczą”. Licząc się z tym. że może zginąć, dodawał: „Tyłem ludzi na to posyłał, tyłem przez to posłał na szubienicę, że w razie, jeśli zginę, to będzie naturalną dla nich, dla tych cichych bohaterów, satysfakcją moralną, że ich wódz nie gardził ich robotą, nie posyłał ich jedynie jako narzędzia”.

Dopiero na trzecim miejscu Piłsudski podawał konieczność zdobycia monety. Ale i tu argument był złożony: „Wolę ją brać tak jak zdobycz w walce, niż żebrać o nią u zdziecinniałego z tchórzostwa społeczeństwa polskiego, bo przecie jej nie mam, a mieć muszę”. Pieniądze były potrzebne nie tylko na działalność PPS, także na łapówki. Do ostatniej chwili próbowano ratować wspaniałego bojowca, Józefa Montwiłła–Mireckiego, który czekał w Cytadeli na śmierć. Mimo udanej akcji w Bezdanach Montwiłła nie zdołano ocalić. Tuż przed egzekucją napisał: „Śmierć moja, położy wreszcie kres oszczerczym plotkom, że naczelnicy umieją tylko innych wysyłać na śmierć, a sami w ogień nie idą. Po drugie, doda bodźca pozostałym bić się aż do zwycięstwa. Jest u nas w zwyczaju umierać z krzykiem. Krzyków w ogóle nie lubię, jeśli jednak wydać go padnie, to będzie nim jedynie: »Niech żyje Polska niepodległa«”.

Zaskakuje podobieństwo listów pisanych w tym samym czasie, ale w różnych miejscach. Oni byli z tego samego metalu: Piłsudski i Montwiłł, także Pużak, także Sosnkowski, Wieniawa. Rowecki... Zadziwiali odwagą i niezwykłą wrażliwością sumienia. Ta wrażliwość kazała Sosnkowskiemu targnąć się na własne życie w 1926 r,, gdy prawo uważało bunt Piłsudskiego za przestępstwo, moralność nakazywała go poprzeć. Podobny dramat, tragiczniej jeszcze skończony, przeżył Wieniawa–Długoszowski. On, niedoszły prezydent RP. dążył do pojednania wszystkich Polaków. Zgodził się nawet na współpracę z Sikorskim. który w swych walkach z oficerami Piłsudskiego nieraz łamał zasady honoru. Sikorski mianował Wieniawę ambasadorem na Kubie, l lipca 1942 r. gen. Wieniawa odebrał sobie życie. Uznał, że tylko w ten sposób może odzyskać honor.

Juliusz Kaden–Bandrowski nazwał pokolenie piłsudczyków „żelaznymi kwiatami”. Trudno o celniejsze porównanie łączące siłę charakteru z wrażliwością sumienia. Na wzorach „żelaznych kwiatów” wychowywało się pokolenie następne, pokolenie kampanii wrześniowej i „Burzy”, która z powstania antyniemieckiego przerodziła się w następne, jeszcze bardziej tragiczne – antysowieckie. To też było sprawą honoru.


Likwidacja etosu rycerskiego

Budowa PRL na wzór sowiecki wymagała oczyszczenia miejsca pod budowę. Tacy jak Pużak. Pilecki, Fieldorf, Flamme, Ciepliński musieli zginąć: tacy jak Rzepecki – zamilknąć: tacy jak Mikołajczyk – sami się skompromitowali, jakby popełnili samobójstwo. Katyń, powstanie warszawskie, wywózki AK–owców po zajęciu obszaru Polski – to były kolejne egzekucje i ludzi, i wartości.

Wierząc w materię i siłę (Stalin: „Ile dywizji ma papież?”), komuniści skoncentrowali się na sile zbrojnej. Wojsko polskie było stopniowo zabijane – nie tylko w sensie materialnym, lecz także w sensie duchowym. Z kasty kierującej się rycerskimi wartościami zostało przerobione na komunistyczną opryczninę. Pierwszą materialistyczną formacją były specbataliony płk. Toruńczyka rozbudowane potem w KBW. U boku NKWD kabewiacy dobijali ostatnie jednostki AK, nadzorowali fałszowane wybory, chronili przeprowadzaną w Kielcach prowokację. Ich żołnierze mówili po polsku, ale język to jednak za mało, by być Polakiem.

W tym momencie trzeba przypomnieć, że w miejsce likwidowanych Polaków wprowadzano do władzy, do propagandy i kultury osobników spoza polskiego etosu. Nie wszędzie wystarczyło agentów. Komuniści posługiwali się więc ludźmi ze wsi. z getta, z marginesu klasy robotniczej w ostateczności – zwykłymi szumowinami. Szumowiny nie mają narodowości, mogą jednak sprawować urzędy. Tak stworzono ersatz – elitę PRL, Elitę bez honoru.

Dowództwo LWP pozostawało przez lata w rękach sowieckich oficerów i politruków, wśród kadry przeprowadzano czystki. W 1950 r, w LWP było 40 generałów sowieckich i 16 polskiego pochodzenia, ważniejsi byli ci pierwsi.

W czerwcu 1956 r. w Poznaniu wybuchło powstanie. Stłumiły je oddziały dowodzone przez gen. Stanisława Popławskiego. Po stronie poznaniaków zginęło 38 osób (nieoficjalna, imienna lista ofiar obejmuje 74 nazwiska), blisko tysiąc zostało rannych. Straty strony komunistycznej nie są znane, mówi się czasem o trzech oficerach, którzy odmówili strzelania do rodaków. Jeszcze w 1956 r. Popławski wrócił do ZSRR.

Kolejna kompromitacja wojska miała miejsce w latach 1967–1968. Planowano zwolnić 2 tys. „niepewnych” politycznie – w tym oficerów mających przeszłość AK–owską lub sanacyjną. Zwolniono ponad 1,4 tys,, w tym około 200 pochodzenia żydowskiego. Rzekome „rozżydzanie” kadry było dymną zasłoną – prawie wszyscy żydowscy oficerowie zostali w Polsce na innych dobrze płatnych stanowiskach lub na tłustych emeryturach, chodziło o zdyscyplinowanie kadry przed wkroczeniem do Czechosłowacji, W sierpniu 1968 r, inwazją faktycznie dowodzili Polacy, ale – sowieccy Polacy. Do Czech wkroczyła 2. Armia LWP – 18,5 tys. żołnierzy pod dowództwem gen. Floriana Siwickiego – przyjaciela i zaufanego wykonawcy rozkazów Jaruzelskiego.

Kolejną akcją i kolejną kompromitacją etyczną wojska było wprowadzenie stanu wojennego. Internowanie ponad 10 tyś. osób. militaryzacja zakładów pracy. Naiwni sądzili, że pod tym parasolem wprowadzone zostaną reformy – tymczasem zsowietyzowane wojsko nie zdało egzaminu. 22 lipca 1983 r, rozwiązano WRON. Ośrodek władzy przesunął się w ręce bezpieki i aparatu propagandy. Zaufany Jaruzelskiego, gen. Kiszczak, objął sprawy wewnętrzne, propagandą rządził Urban. Uzupełnieniem ich władzy był terror „nieznanych sprawców” – pobicia i spektakularne morderstwa. W 1984 r. zamordowani zostali Piotr Bartoszcze i ks. Jerzy Popiełuszko, w 1985 r. pobity został ks. Isakowicz–Zaleski, w 1986 r. zamordowano działacza nowosądeckiej „Solidarności” Zbigniewa Szkarłata, w 1989 r. – w styczniu zginęli ks. Stefan Niedzielak i ks. Sylwester Zych. To tylko niektóre nazwiska z listy liczącej ponad 100 osób. To byli ludzie honoru, nie Kiszczak i Jaruzelski.

Równolegle odbywały się rozmowy z umiarkowanymi opozycjonistami, Kuroń dyskretnie sugerował esbekom, z kim nie powinni rozmawiać, Michnik jeździł do Moskwy. Po zbrataniu się pod stołem w Magdalence odbył się „show” ponad Okrągłym Stołem w Warszawie. Powstał „rząd” Mazowieckiego. Osobą numer l (w randze prezydenta) pozostawał gen. Jaruzelski. Florian Siwicki był ministrem obrony, gen. Kiszczak – wicepremierem i ministrem spraw wewnętrznych. SB została przemalowana, a zmiany były na miarę dołożenia korony do orła. Wojskowe służby pozostały nietknięte, ocalał też w większości aparat propagandy. Z punktu widzenia etyki zmieniło się więc niewiele: deklarowane wartości wyższe (podobnie jak obrzędy i święta) służyły jako listki figowe, życiem praktycznym rządziły „wartości” umieszczane przez Platona niżej – te materialne.

Akcji czyszczenia etosu wojskowego z wartości wyższych towarzyszyła rozpoczęta w PRL propagandowa walka z „bohaterszczyzną”. Ośmieszano tradycję zrywów powstańczych, wojnę 1920 r. przedstawiano jako marsz po latyfundia, powstanie warszawskie jako akt współpracy z Hitlerem, opluwano żołnierzy Andersa, partyzantów antysowieckiego powstania nazywano bandytami. Robili to zarówno literaci w rodzaju Brandysów czy Ważyka. jak i historycy (np. TW „Docent” Garlicki), niedouczeni radykałowie w rodzaju Kuronia. Trudno się oprzeć wrażeniu, że akcja ta trwa nadal. Ośmiesza się obrońców Westerplatte, „Wyborcza” zarzuciła powstańcom warszawskim mordowanie Żydów, kłamstwa na temat Jedwabnego wypychają z pamięci „Żegotę” i tysiące polskich ofiar. W wydawanych wciąż książkach Kuronia można przeczytać przejęte od ubeków epitety przezywające żołnierzy powstania antysowieckiego, ostatnich żołnierzy honoru – bandytami i antysemitami.


Co nowego w nadbudowie?

Na to pytanie można odpowiedzieć jak w czasach PRL: nowe wraca. Z programów szkolnych usuwane są lektury, które mogłyby stanowić namiastkę polskiego Plutarcha. W ich miejsce wstawia się imitacje literatury światowej – zapominając, że świat ma oryginały i gardzi imitacjami. Literatura polska nie wykorzystała szansy, jaką przyniosła odzyskana suwerenność, nie powstały żadne wielkie dzieła o wybijaniu się na niepodległość ani o „Solidarności”, nie dokonano rozrachunków z czasami bez honoru – przedłużając ich trwanie. Najlepszymi książkami o II wojnie pozostają „Monte Cassino” Wańkowicza i „Przemarsz przez piekło” Podlewskiego.

Tu znowu trzeba wrócić do honoru, który w literaturze przekładał się na wielkość Żeromskiego i gorzki patriotyzm Kadena. To właśnie brak honoru nie pozwolił literatom napisać dzieł nawet na ich własnym poziomie. Kapuściński nie został wielkim Kapuścińskim – bo został małym kapusiem. Nie mógł zostać wielkim polskim pisarzem Szczypiorski, bo jako TW został zadaniowany na autorytet moralny, ale – „wicie, rozumicie” – bez przesady... Z tych samych względów nie mogli przypominać o honorze Grynberg ani Koźniewski, Odojewski ani Kuśniewicz. Próbował pisać o honorze Eustachy Rylski – autor najlepszej powieści ostatnich lat zatytułowanej „Warunek”. Jednak honor ponosi w niej klęskę – podobnie jak stanowiąca tło powieści wyprawa Napoleona. Aksjologię naszej kultury nieco tylko poprawiają filmy z pogranicza dokumentu: „Inka” Natalii Korynckiej–Gruz ze scenariuszem Wojciecha Tomczyka, autorski film Bugajskiego „Generał Nil”, twórczość Aliny Czerniakowskiej.

Dla spragnionych wartości pozostają też wiersze Herberta i piękny esej Łysiaka o Wieniawie. To mało. Zwłaszcza, że esej Łysiaka, podobnie jak większość wierszy Herberta, powstawał jeszcze w czasach PRL – i przeciwko tym czasom.

Brak honoru dal też o sobie znać w Kościele, który ostatnio szybko traci autorytet. Jego problemem jest dzisiejszy stosunek do dawnych współpracowników służb z jego szeregów, brak odwagi przyznania się do błędów i. w efekcie, żenująca próba zamiecenia tych spraw pod dywan. To właśnie sprawa honoru. A raczej jego braku.


Celebryta – surogat człowieka honoru

Największy deficyt honoru cechuje środowisko polityków. Ponieważ polityka zmienia się w „show”, politycy kreowani są na bohaterów medialnych, na miarę masowego odbiorcy. Nie mogą być ludźmi honoru, że o cnocie nie wspomnę. Czasy, kiedy Piłsudski postponował głupich, pazernych i pozbawionych honoru posłów, kiedy potrafił walnąć pięścią w stół w czasie krętackiej mowy Voldemarasa i zapytać konkretnie, czy chce wojny, czy pokoju – minęły chyba bezpowrotnie. W Sokołowie do dzisiaj wspominają, jak to premier Sławoj–Składkowski odmówił pójścia na obiad z miejscowymi notablami i gdy oni pili w restauracji, ukradkiem wcinał odwiniętą z papieru kanapkę. Podobną opowieść słyszałem na temat Walerego Sławka, Nie słyszałem na temat Leppera ani Kalisza. Wspomnienia o naszych mężach stanu będą zupełnie inne.

Pomińmy w tym miejscu polityków PRL. Sprawę honoru w polityce zagranicznej wyczerpuje wspomnienie Bermana, który skarżył się, iż na rozkaz Stalina musiał tańczyć z Mołotowem tango (z bolcem). Przypomnijmy parę zdarzeń późniejszych.

18 sierpnia 1991 r, w Moskwie wybucha pucz Janajewa. Jak zareagował Lech Wałęsa, pierwszy suwerenny prezydent RP? Wykonał usłużny telefon do gen. Jaruzelskiego i rozmawiał jak kapral z generałem.

17 września 1999 r., Charków, obchody 59, rocznicy zbrodni katyńskiej. Podczas uroczystości ówczesny prezydent RP, Aleksander Kwaśniewski, zachowywał się w sposób najwyraźniej wskazujący na spożycie. Kancelaria Prezydenta tłumaczyła jego zachowanie „bólem lewej goleni”. Dopiero w grudniu 2005 r., pod koniec drugiej kadencji, Kwaśniewski przyznał się do picia alkoholu przed uroczystościami na cmentarzu. Tłumaczył to nadmierną gościnnością zapraszających.

Marzec 2001 r., minister spraw zagranicznych RP, Władysław Bartoszewski został zaproszony na sesję Knesetu. Wiceprzewodniczący Knesetu, Reuven Rivlin, zaczął opluwać Polskę: „Jest wielu Polaków, którzy brali udział w mordowaniu Żydów. Sam fakt, że Polska była okupowana, nie zwalnia jej od odpowiedzialności za zbrodnie dokonane na jej terenie. Nowa, demokratyczna Polska powinna się skonfrontować ze swoją przeszłością i wyrównać krzywdę, która była dokonana w tym kraju”. Jak na te słowa zareagował Bartoszewski? Nijak. Zrobił jedynie minę, jakby usiłował wejść pod krzesło.

Maj 2005 r., Kwaśniewski wraz z Jaruzelskim brali udział w uroczystościach 60. rocznicy końca wojny. Putin przemawiał: „Zawsze będziemy pamiętać o pomocy, której udzielili nam sojusznicy – USA, Wielka Brytania, Francja i inne państwa koalicji antyhitlerowskiej, a także niemieccy i włoscy antyfaszyści”. Polska demonstracyjnie została pominięta. Który z naszych prezydentów uniósł się honorem i zaprotestował? Oczywiście żaden. Rzymianie, rzeźbiąc boga honoru, nadawali mu czasem rysy bohaterów. Jak wyglądaliby nasi – Kwaśniewski pochylony nad mogiłką w Charkowie, Kuroń z termosem w dłoni, Michnik w pozycji odczepcie się od Generała, Wałęsa z kieliszkiem w Magdalence, Bartoszewski pod krzesłem, Geremek – ech, lepiej nie mówić.


Zakończenie

Amputacja honoru zniszczyła charaktery Polaków, zniszczyła tym samym życie zbiorowości. Widać to we wszystkich dziedzinach, nie tylko tak przejrzystych, jak propaganda czy sport, z którego zniknęła zasada fair play, zastąpiona sprzedawaniem wyników. Brakiem honoru była wyprzedaż narodowego majątku przez tych, którzy zostali powołani do kierowania polską gospodarką. Zamiast unowocześnić i uczynić konkurencyjnymi – sprzedano kopalnie, huty i cementownie, oddano banki, które stanowią krwiobieg gospodarki. Niedawno premier Tusk triumfalnie zapowiadał sprzedaż ostatnich stoczni nabywcom z Kataru. Ręczył słowem, że jeśli transakcja nie wyjdzie, wyleci z pracy minister. Transakcja nie wyszła – minister ani premier nie poczuwają się do żadnych honorowych konsekwencji.

O sytuacji w dziedzinie obyczajowości rozwodzić się nie warto. Dla wybielenia Polańskiego elidarze stosują różne chwyty, różne pojęcia – z wyjątkiem pojęcia honoru. A wręcz kpiąc z tego pojęcia, bronią takich osobników, jak Rywin czy Piwowski. Dla pełnego zakłamania pojęć Michnik mianował ludźmi honoru Jaruzelskiego i Kiszczaka. Polacy wegetujący wśród wartości niskich, konsumpcyjnych, otrzymują dla ozdoby imitacje wartości wyższych. A także imitacje bohaterów – jakby lalki z sex–shopu.

Ofensywę ludzi bez honoru obserwujemy też w dziedzinie prawa. Najpierw była kampania antylustracyjna Geremka. który, będąc posłem Polski w Europarlamencie, nie zawahał się udzielać wywiadów szkalujących własny rząd i naród. Na histerii mającego to i owo do ukrycia historyka skorzystali mający jeszcze więcej do ukrycia tajni kapusie. Dokonano odwrócenia wartości.

– TW „Literat” – Żuliński przedstawiał na swym blogu kampanię tchórzy jako akt bohaterstwa. Ludzi domagających się prawdy i uczciwości – jako szkodliwych fanatyków. Szkodliwych? – oczywiście dla dawnej agentury, dla budowniczych sowieckiej Europy.

W chwili gdy piszę ten tekst, trwa rozpętana przez SLD akcja obrony ubeckich emerytur, której chorążym jest poseł Widacki. Nie ważne, ze ubeccy oprawcy dostają emerytury wyższe kilkakroć od ich ofiar (tych, którym udało się przeżyć) – zbliżają się wybory i liczy się każdy głos. A pytanie, jak postąpiłby ubek, gdyby był człowiekiem honoru, jest pytaniem retorycznym. Gdyby był człowiekiem honoru nie zostałby ubekiem.

Z kultury polskiej znika honor.
To, że tego nie dostrzegamy, jest także tego dowodem.



| Powrót do czytelni |    Za: „Nowe Państwo”   nr 1/2010